Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Galeria



Nasi partnerzy

Partnerzy

Współpraca

Artykuły

67. rocznica bitwy pod Monte Cassino

18 maja 2011r., w 67. rocznicę bitwy pod Monte Cassino, odprawiono w Gostyniu mszę św. polową. Modlitwom przewodził proboszcz parafii farnej, ks. Krzysztof Młynarczyk, który bardzo blisko współpracuje z gostyniakami należącymi do naszego Towarzystwa. Dzięki uprzejmości Pana Sławomira Handke oraz księdza proboszcza mogliśmy modlić się w pięknym miejscu, przy tym samym ołtarzu, przy którym modlili się żołnierze w trakcie bitwy pod Monte Cassino. Ołtarz był umieszczony na pojeździe Scout Car Daimler „Dingo” w barwach 4 Pułku Pancernego „Skorpion”.

 

Wolność od zawsze chciała przyjść do nas z ziemi włoskiej. Tam też odbywały się nasze narodowe rekolekcje, będące przygotowaniem do wolności. „Z ziemi włoskiej do Polski” wracali legioniści Dąbrowskiego i tam bili się o nią żołnierze gen. Andersa, za których odwagę, wiarę i umiłowanie ojczyzny chcieliśmy tego dnia dziękować Bogu. Modlił się o nią także we Włoszech, Jan Paweł II, błogosławiony, którego postać całkiem niedawno ukoronowała ten trudny czas.

Zwycięska bitwa pod Monte Cassino, której rocznicę uczciliśmy, była etapem w dalekiej drodze, która miała trwać aż do czasów pokolenia JP II. Żołnierze gen. Andersa zapłacili krwawo za cenę niepewnej wolności. I choć mieli świadomość, jak odległy to cel, choć byli tak zwyczajni, ludzcy, tęskniący za rodzinami, być może z wątpliwościami w sercu, to jednak poszli do walki.

Bitwa pod Monte Cassino kończyła serię zaciętych walk o klasztor, z którego Niemcy skutecznie blokowali drogę do Rzymu. Marszałek Kesselring, zdając sobie sprawę ze strategicznego znaczenia dolin rzek Rapido i Liri oraz wzgórza Monte Cassino, kazał zbudować głęboki pas umocnień, zwany linią Gustawa. Podejmowane kilkakrotnie próby zdobycia tych umocnień przez aliantów spełzły na niczym, żadnego efektu nie przyniosły też ciężkie bombardowania lotnicze. Droga na Rzym pozostawała zamknięta.

W czwartym natarciu główną siłę stanowił II Korpus Polski pod dowództwem gen. Andersa. Kryptonim operacji „Honker”, jeśli nie przypadkowy, to dobrany wyjątkowo trafnie. "Honk" w języku angielskim to krzyk wracających dzikich gęsi. "Honker" to coś lub ktoś wydający takie dźwięki. Dla polskich tułaczy było to wyjątkowo wymowne.

Atak rozpoczął się o godzinie 1:00 w nocy 12 maja, poprzedzony dwugodzinną nawałą artyleryjską. Żołnierze szli do nocnego ataku w silnie zaminowanym, niemal nieosłoniętym terenie, pod niemieckim ostrzałem prowadzonym z bunkrów, stanowisk artylerii i moździerzy, których nie był w stanie zniszczyć ponad godzinny ostrzał 1060 dział.

Wzgórza były naszpikowane doskonale zamaskowanymi bunkrami i stanowiskami ogniowymi broni lekkiej i ciężkiej. Zdradzały je tylko zwiędłe liście i nieregularny ogień broni. Jednocześnie obserwacja pola walki była praktycznie niemożliwa ze względu na strzelców wyborowych, którzy siali spustoszenie wśród patroli rozpoznawczych oraz obserwatorów artyleryjskich. Ponadto każdy większy ruch ściągał uwagę precyzyjnie wstrzelanej broni maszynowej i moździerzy niemieckich. Żołnierze polscy po kilkanaście godzin bez wody, oczekując na amunicję tłoczyli się w dusznych schronach, bądź trwali skuleni, zdrętwiali za niewielkimi głazami. Zmiana pozycji często kończyła się postrzałem lub śmiercią. Trwali tak od ataku do ataku. Zejście na krok z rozminowanej w wielkim trudzie, pod silnym ostrzałem trasy kończyło się wejściem w pułapkę, zerwaniem cienkiego drucika, który łączył zawleczki granatów. Walki toczyły się niekiedy z odległości kilku lub kilkunastu metrów. Głośniejszy krok kończył się nawałą ogniową nieprzyjaciela. Dookoła rozlegał się jęk rannych, których nie można było zabrać ze względu natychmiastowy silny ogień niemiecki. Łączność rwała się nieustannie. Jednak Polacy byli nieustępliwi, mimo ciężkich strat. Ta determinacja wyczerpywała Niemców i powodowała również po ich stronie znaczne straty. Zaczynało im brakować odwodów, podobnie jak Polakom. Pozostawało pytanie, kto wygra tę wojnę nerwów.
Przez następne cztery dni toczyły się walki, poszczególne bunkry przechodziły z rąk do rąk, artyleria bez przerwy ostrzeliwała pozycje nieprzyjaciela. Nie próżnowało też lotnictwo. Z wychodzących do boju polskich kompanii, pozostawały niedobitki.
Wówczas Anders sięgnął po skrywane odwody, do walki ruszyli między innymi komandosi oraz szwadron 15 Pułku Ułanów Poznańskich sformowany z plutonów szturmowych – najlepsi z najlepszych. Niemcy zaczęli tracić oddech. Byli skrajnie wyczerpani. Nic też dziwnego, że atak rozpoczęty późnym wieczorem 16 maja wreszcie przyniósł przełom na polskim odcinku: zdobyto i utrzymano wzgórza "593", "Monte Castellone" i "Massa Albanetta". Jednocześnie francuski Korpus Ekspedycyjny dokonał znacznych postępów na zachód od Doliny Liri.
W nocy 17/18 maja 1944 Niemcy całkowicie opuścili klasztor. Droga na Rzym została otwarta. Polskie walki pod Monte Cassino były niezwykle krwawe, w natarciu zginęło 924 żołnierzy, 2930 zostało rannych, a za zaginionych uznano 345.

„Jeszcze Polska nie zginęła Kiedy my żyjemy…”. Te słowa dzisiaj w wolnej Polsce musimy odczytywać na nowo: wolności się nie posiada, wolność nieustannie się zdobywa.

I na koniec jeszcze znaleziony u Wańkowicza fragment „Apelu spod Monte Cassino”:

Jeśli na dnie polskich wierzeń tłucze się legenda o żołnierzach, co wyjdą z grobów, to pod Monte Cassino legenda ta nabrała ponownej surowej treści… Nie chcemy turystów, nie chcemy zachwytów, nie po to oni zmarli, by być pretekstem do czyjegoś łatwego wzruszenia. Leży z nimi zamknięta prawda, która rozsadzi nie tylko beton, trawertyn i dolomit, ale i świat.

Autor tekstu: Remigiusz Dolata